sobota, 5 czerwca 2010

TV IS CHEWING GUM FOR THE EYES (Frank Lloyd Wright) ????



TELEVISION IS A DRUG!

Television is a drug. from Beth Fulton on Vimeo.

Fremdschämen, czyli castingshow vs. reality tv


By – jak obiecałem – wyjaśnić, na które programy niemiecka telewizja wydaje pieniądze i które wciąż cieszą się dużą popularnością wśród telewidzów, muszę najpierw wytłumaczyć słowo FREMDSCHÄMEN. Chociaż w ostatnich miesiącach jest ono powszechnie używane przez wszelkie grupy społeczne, to neologizm, który dopiero niedawno został włączony do niemieckiego słownika Duden. Czasownik fremdschämen określa sytuację, podczas której osoba A obserwuje osobę B, osoba B nie wie o tym, że popełnia jakąś gafę, czy też znajduje się we wstydliwej sytuacji, jednak obserwująca ją osoba A ma tego świadomość i wstydzi się za osobę B. To właśnie zjawisko wstydzenia się za kogoś, które często lub przeważnie towarzyszy widzom niemieckiej telewizji określa się słowem fremdschämen.

Dlaczego zaczynam od słowa, które faktycznie nie istnieje, by wytłumaczyć co jest popularne w niemieckiej telewizji?
Może trudno jest Wam sobie to wyobrazić, ale w telewizji Waszego zachodniego sąsiada już od lat nie dzieje się nic nowego. Publiczne i prywatne stacje telewizyjne produkują rokrocznie programy oparte na tych samych formatach, nie ryzykując żadnymi innowacjami. Jedyną nowością, która pojawiła się po serii kilkunastu oper mydlanych było odkrycie telenoweli, jakie dokonało się za sprawą serialu Verliebt in Berlin . Natomiast ostatnia radykalna zmiana w telewizji niemieckiej miała miejsce w 2000 roku, gdy pojawiły się dwa formaty, które (niestety) do dziś budują jej kształt. Były to CASTINGSHOW i REALITY-TV.

1. CASTINGSHOW:
Pierwszym niemieckim castingshow był program Popstars, dzięki któremu powstał – odnoszący do dziś sukcesy – zespół No Angels. Jak na razie wyemitowano 8 sezonów Popstars (9. sezon tego programu jest w planach), które prócz No Angels wylansowało wyłącznie zespół Monrose (w 5 sezonie).

Innym maratończykiem castingowym jest program Deutschland sucht den Superstar, lub krótko DSDS. Bazuje on na koncepcji brytyjskiego Pop Idol. Choć w tym roku emitowany był po raz 7., żaden z jego zwycięzców nie odniósł do tej pory dużego sukcesu.

Ogółem, od 2000 roku, w Niemczech wyprodukowanych zostało 20 różnych programów, opierających się na zasadzie castingu, których założeniem było odkrycie nowej gwiazdy muzycznej, nowego super iluzjonisty, czy też nowej top modelki. I choć większość z tych programów pojawiała się w ramówkach niemieckich stacji telewizyjnych przez kilkanaście sezonów, mało która z odkrytych w nich gwiazd wynurzyła na powierzchnię, zamiast zostać połkniętą przez rekiny show biznesu.

A więc po co tyle tych „talentów”? W przypadku DSDS producenci tworzą kolejne sezony, ponieważ wciąż czerpią spore zyski z nadawanych w czasie ich emisji reklam.
Nadal zastanawiające jest jednak, dlaczego ten program jest tak bardzo lubiany, że opłacalna jest emisja przynoszących dochody stacją reklam?

Początkowo castingshows zdobywały widzów przez swój voyeurystyczny, a jednocześnie humorystyczny charakter. Format ten bowiem łączy się z ideą reality tv, poprzez pojawiające się w poszczególnych odcinkach reportaże opisujące kandydatów i ich życie. Humor zostaje natomiast wniesiony poprzez pokazywanie również takich bohaterów, którzy nie posiadają żadnego talentu. Nie chodzi tutaj wyłącznie o śmiech, ale właśnie o wyjaśniony przeze mnie na początku posta fremdschämen:





Natomiast gdy już wszystkie „beztalencia” odpadają i gdy wyłania się grupa finalistów, dzięki reportażom na ich temat, widzowie wybierają swych faworytów i im – podobnie jak dzieje się to w sporcie – kibicują.

2. REALITY-TV:
Jak już wyżej wspomniałem, drugą innowacją niemieckiej telewizji stała się reality tv. Choć na niemieckich ekranach zagościła po 2000 roku, samo zjawisko sięga lat 40-tych, kiedy to w USA emitowano program Candid Camera. Polegał on na tym, że ukryta kamera filmowała zaaranżowane przez telewizję żarty, których ofiarami byli zwykli przechodnie. Natomiast dopiero 40 lat później powstał show COPS, który ukształtował dzisiejsze programy reality tv.

W Niemczech w 2000 roku na ekranach telewizorów pojawił się Big Brother, który został okrzyknięty mianem wydarzenia medialnego bez precedensu. Również w mojej szkole przez miesiące edycji Big Brothera żaden inny temat nie był tak ważny jak to, co dzieje się w domu Wielkiego Brata. Dlatego właśnie pewnego dnia nasza nauczycielka postanowiła, że zrobi nam klasówkę na temat tego programu...
Choć jego pierwszy sezon odnosił ogromny sukces i niemalże cały kraj oglądał ten program, nikt właściwie nie interesuje się jego kolejnymi seriami. Wydaje mi się, że dziś jego jedynymi widzami są uczestnicy:



Ponieważ popularność Big Brothera spadała, jego producenci postanowili zaprosić o programu gwiazdy. Tak więc w aktualnym sezonie pod czujnym okiem Wielkiego Brata znajduje się wiele… niemieckich gwiazd porno…

Big Brother to jednak tylko jeden z całej serii programów określanych mianem reality tv. Przykładowo, inny popularny w Niemczech program oparty na tej samej zasadzie ukazuje rodziny, które decydują się na wyjazd z Niemiec, w czym towarzyszy im kamera. W jednym z odcinków tego programu rodzina bezrobotnych przeprowadza się do Hiszpanii. W trakcie trwania odcinka ich młody syn, o bardzo podstawowym wykształceniu, wypowiada się do kamery, że kwalifikacje zawodowe nie są w naszych czasach potrzebne dopóki jest się młodym i atrakcyjnym…

Innym kontrowersyjnym programem tego rodzaju jest Die Super-Nanny, która na swojej stronie internetowej zapowiada, że pokazuje PRAWDZIWE ŻYCIE. Nie zamierzam jednak w tym poście pisać o wyreżyserowanych, w celu podniesienia dramaturgii scenach, czy też ubezwłasnowolnieniu głównych bohaterów, którymi są w nim dzieci. Interesuje mnie wyłącznie sukces Die Super-Nanny.
Kto ogląda ten program? Moim zdaniem jego widzowie należą do dwóch grup. Są to osoby utożsamiające się z uczestnikami programu, a więc w większości ludzie o niskim wykształceniu oraz ci, których skłania do oglądania „fremdschämen”. Wielokrotnie już bowiem słyszałem o imprezach, które polegały na tym, iż przed jednym telewizorem zbierało się grono studentów by wspólnie oglądać właśnie „fremdschämen tv”.

Ciekawe, czy uczestnicy tego rodzaju programów zdają sobie sprawę z takich praktyk? Odpowiedź może podsunie anegdota pochodząca z obejrzanego przeze mnie kilka lat temu talk showu. Do programu została zaproszona nastolatka, która postanowiła na wizji przeprosić swojego byłego chłopaka i poprosić, by ten do niej wrócił. Nastolatek prawdopodobnie podejrzewał jakie są intencje dziewczyny i na złość dał jej potwornego kosza. Na pytanie, dlaczego w ogóle przyszedł do tego programu, nie chcąc dawać dziewczynie kolejnej szansy, a wiedząc co się w programie zdarzy, odpowiedział: PRZECIEŻ KAŻDY CHCE SIĘ POKAZAĆ W TELEWIZJI... Tak więc to prawdopodobnie warholowskie 15 minut sławy dla każdego nakręca sukces tego typu programów.
Dopóki więc znajdywać się będą kandydaci do uczestnictwa w nich, a publiczność nadal będzie odczuwała satysfakcję z fremdschämen, dopóty nowe programy tego typu będą powstawały.

Na sam koniec chciałbym jeszcze wspomnieć o programach, w których fremdschämen jest wykorzystywany w bardziej świadomy sposób. Jednego z przykładów dostarcza serial Stromberg, będący niemiecką wersją The Office. Jego główny bohater jest tak bardzo niesympatyczny i nieświadomie robi tak wiele głupich rzeczy, że serial i aktor w nim grający stali się kultowymi przykładami zjawiska polegającego na wstydzeniu się za kogoś innego…

Dla wytrwałych, którzy doczytali tego posta do końca przykład fremdschämen, pochodzący z talkshowu, w którym prowadzący niechcąco śmieje się z problemów swoich gości:



P.S. On został zwolniony...

czwartek, 3 czerwca 2010

Czy Agent Cooper polubiłby także Tigera?

W poprzednim poście nie wspomniałam o strachu, który zafundowałam sobie w dzieciństwie na własne życzenie, podglądając telewizor przez szparę w drzwiach, a mianowicie o Miasteczku Twin Peaks.

Ale czy wiecie, że David Lynch, kręcił także reklamy, których bohaterem był agent Dale Cooper. Przedstawiam wam zatem jego japońską misję:

środa, 2 czerwca 2010

Nostalgiczne strachy

Pisałam już o tym, że moja fascynacja telewizją zaczęła się we wczesnym dzieciństwie. Są to czasy odległe, ale na szczęście pozostały wspomnienia. Często łapię się na tkliwym powracaniu myślami do minionych wydarzeń (to już chyba starość) i coraz częściej moje wspomnienia dotyczą także telewizji. Nic w tym dziwnego, gdyż jak pisze Douglas Kellner w Media Culture:
Powstała kultura mediów, w ramach której dźwięki, obrazy i spektakle pomagają wytworzyć materię życia codziennego.

Telewizja przeszłości jest zatem częścią naszego doświadczenia, w postaci wspomnień staje się częścią nas samych. Dziś dzięki nieprzecenionemu youtubowi możemy choć na chwileczkę odbyć podróż w czasie i oddać się owej nostalgii, której estetykę Marek Zalewski definiuje jako zmąconą: to piękno, które rodzi melancholię, przyjemność, która sprawia ból. Wystarczy kilkanaście sekund czołówki Domowego Przedszkola i czuję, jak wszystko wraca, uruchamiając ciąg skojarzeń niczym Proustowska magdalenka.



Nostalgia taka wywołuje paradoksalne uczucia: niesamowitej radości związanej z powrotem do tego co było, ale i smutku, że już nigdy nie będzie takiego lata, guma Donald nigdy nie będzie tak smaczna, kakao tak pożywne, a rajtuzy już nigdy nie będą zastępowały spodni...

Myślę, że nie jestem w tej mojej nostalgii odosobniona. Świadczyć może o tym popularność portalu WWW.NOSTALGIA.PL, którego podtytuł brzmi: PORTAL TWOJEGO DZIECIŃSTWA, a w którym znajdziemy cała bazę dotyczącą filmów i programów z przeszłości.
Jego ważną częścią jest forum, na którym można zadać pytania dotyczące, na przykład, dręczącej nas od lat wątpliwości na temat tytułu programu, z którego pamiętamy jakiś szczegół (ja do dziś próbuje rozwikłać zagadkę nazwy filmu bądź serialu, którego bohater miał zapasową parę oczu z tylu głowy...). Przytaczam jeden z wpisów na forum:
Witam! jestem nowa na stronie, od pewnego czasu nie daje mi spokoju pewna bajka którą oglądałam w dzieciństwie. Leciała jakoś w latach 90 po ciuchci i tik-taku. Fabuła opierała się na tym, że grupa chyba zwierząt-bohaterów leciała sobie balonem , musiała odnaleźć jakieś miejsce i walczyła ze złem. Jednym z bohaterów był robak na czterech nogach, który jadł "gulasz z korzonków", pamiętam że przygotowywał go dla reszty, która go nie znosiła. właśnie ten gulasz z korzonków najbardziej pamiętam. Będę wdzięczna za pomoc, pozdrawiam*

Warto dodać, że forum nie jest hermetyczne i otwiera się na wątki dotyczące także innych dziedzin życia: artykułów spożywczych, kolekcjonerstwa popularnego w latach 80. i 90. (karteczki, naklejki do albumów), a także ogólnie pojętej obyczajowości (charakterystyczne powiedzonka).

Wracając jednak do telewizji chciałabym skupić się, przełamując tym samym być może zbyt mdły nastrój posta, na dziecięcym strachu. Owszem pamiętam radości dzieciństwa, ale jednak gdy do niego wracam, na tle innych wspomnień telewizyjne straszności wychodzą na pierwszy plan.
Programy dla dzieci w założeniu nie powinny wywoływać lęku, powinny natomiast wychowywać, uczyć i bawić. Mam jednak wrażenie, że twórcy nie przewidzieli tego, że jedno i drugie może iść ze sobą w parze, a raczej może współistnieć w jednym „dziele”.

Muminki, animowany serial tworzony w koprodukcji japońsko-fińsko-holenderskiej, oparty na serii opowiadań o Muminkach autorstwa Tove Jansson, same w sobie (poza dziwnymi przygodami), budziły sympatię i uśmiech na twarzach małych telewidzów. Jednak by czar prysł wystarczy przypomnieć sobie postać Buki:



Przykład Muminków, nie jest być może najlepszą ilustracją owego niezamierzonego efektu straszności o którym wspominałam, ponieważ Buka podobno wywodzi się z mitologii skandynawskiej. (Nie zmienia to jednak faktu, że jej postać nadal uważam za jeden z największych strachów dzieciństwa!)

Produkcje polskie nie pozostają w tyle, na jednej z czołowych pozycji mojego prywatnego rankingu nieodmiennie króluje postać z serialu dla dzieci pod tytułem Przyjaciel wesołego diabła na motywach powieści Kornela Makuszyńskiego. Cóż z tego, że przy bliższym poznaniu Diabeł Piszczałka jest miły i niegroźny, gdy tak naprawdę zapamiętuje się tylko to:


bardzo chcialabym obejrzec to jeszcze raz i sprawdzic czy tak jak kiedys bedzie przerarzal mnie diabel piszczalka

Pamiętam że diabeł był tak dobrze zrobiony i przez to tak przerażający że praktycznie nie byłam w stanie oglądac tego filmu. Najlepszy motyw (tylko ten mi sie zapadł w pamięc) był wtedy kiedy diabeł zaglądał wieczorem w okna domów...*


Jednak największą traumą, której obecność czuje po dziś dzień i nie jestem w stanie jej przerobić jest marsz wilków z Akademii Pana Kleksa:


Akademia Pana Kleksa i marsz wilkow: horror!!!*

W pracach naukowych dotyczących nostalgii często podkreśla się jej zbiorowy charakter. Trudno się z tym nie zgodzić, bo ze swojego doświadczenia wiem, ze jest to niewyczerpany temat do dyskusji. Tak więc niech moje pytanie o to, JAKIE BYŁY WASZE TELEWIZYJNE STRACHY będzie puentą tego posta.

*kursywą wyróżnione są komentarze użytkowników pochodzące z forum na stronie www.nostalgia.pl (pisownia oryginalna)

wtorek, 1 czerwca 2010

„Moon River” na Manhattanie

W ostatnim odcinku 4 sezonu Seksu w wielkim mieścieI Heart NY, Carrie dowiaduje się, że Big opuszcza Nowy Jork. Ich ostatni wieczór to pożegnanie, ale nie tylko między bohaterami, ale także Biga z miastem. To właśnie w tym odcinku słyszymy Moon River – piosenkę legendę, którą śpiewała Audrey Hepburn i za którą Śniadanie u Tiffaniego otrzymało Oscara.



Ponieważ Carrie Bradshaw (podobnie zresztą jak Holly Golightly) jest moją ukochaną bohaterką serialową, zaczęłam zastanawiać się dlaczego w Seksie w wielkim mieście pojawia się akurat ta piosenka, nawiązująca akurat do tej hollywoodzkiej produkcji?
Melodia jest dla Biga wspomnieniem dawnego Nowego Jorku. Można też uznać, że jej użycie w kontekście tytułu (I heart NY), zdania będącego najpopularniejszym motywem na gadżetach przywożonych z Nowego Jorku, stanowi wpisanie Moon River w ikonologię związaną z tą metropolią.

Ale chyba trafniejsze będzie porównanie dwóch postaci, Holly Golightly i Carrie Bradshaw, bohaterek książek (przeniesionych na ekran), w których miłość i Nowy Jork są nierozerwalnie powiązane, a kluczowe sceny rozgrywają się na Manhattanie.
Łączy je biografia. Obie przyjeżdżają do miasta żeby na nowo rozpocząć swoje życie. Zbieżna jest również, cechująca obie bohaterki, niechęć do wiązania się z kimkolwiek „na poważnie”, jak również cechująca je wolność i niezależność.

To oczywiste, że nie mogłam odmówić sobie obejrzenia innego serialu, reklamowanego jako SEKS W WIELKIM MIEŚCIE DLA NASTOLATKÓW, czyli Gossip Girl (Plotkara). I ku mojemu zaskoczeniu w jednym z odcinków odkryłam taką oto scenę.

W postaci Carrie Bradshaw upatrywać można nawiązanie do wielkiej poprzedniczki, niczym do patronki. Jeżeli rozpatrywać postać Holly w kategorii barthesowskiego mitu, to Carrie czerpie z tego mitu znaczenie, odsuwając od siebie formę, którą – według mnie – jest ikonologia związana z tą postacią. Jednak to wizerunek bohaterki (czyli forma, a nie znaczenie) zrobił karierę. Wizerunek, czyli forma odarta w pewnym stopniu z sensu.

Tak jak – na zasadzie pars pro toto – symbole miasta wykorzystywane są jako jego reprezentacje, tak samo wizerunek Holly Golightly został pochłonięty przez kulturę masową i stał się jednym z obiektów konsumpcji. Wygląda na to że każdy, kupując gadżet nawiązujący do Śniadania u Tiffaniego, może dodać do swojej tożsamości element związany z Holly Golightly i Nowym Jorkiem. Jest to metoda konstruowania tożsamości w urynkowionym świecie, którą w następujący sposób w Wolności charakteryzuje Zygmunt Bauman:
Metoda rynkowa polega na budowaniu "ja" przy pomocy obrazów. Tożsamość zostaje tu zrównana z pewnym wizualnym sygnałem-poszlaką, którą inni mogą zobaczyć i której znaczenie może zostać rozpoznane zgodnie z zamiarem nadawcy. Te sygnały-poszlaki są różnorakie. Dotyczą one kształtu ciała, jego ozdób, domu i jego zawartości, miejsc w których się bywa i gdzie bywa się widzianym, sposobu bycia i mówienia, tego, o czym się mówi, przejawów gustu artystycznego i literackiego, żywności i sposobu jej przyrządzania, i wielu jeszcze innych rzeczy, dostarczanych przez rynek w postaci dóbr materialnych, usług i wiedzy.

Właśnie tak postrzegam nawiązania do bohaterki powieści Capotiego, które pojawiają się w postaci Blair Waldorf z Gossip Girl, utożsamiającej się z Audrey Hepburn.



Jak już wyżej napisałam, Blair, która jest typową QUEEN B z amerykańskich filmów o nastolatkach, kształtuje swoją nowojorskość poprzez elementy zaczerpnięte z bohaterki granej przez Audrey Hepburn.
Oprócz podobieństwa wizualnego, Blair nie ma innych cech Holly Golightly (które wyróżniają za to Carrie Bradshaw). Jak na przedstawicielkę manhattańskiej elity finansowej przystało, jej całe życie jest uporządkowane i zaplanowane, przetykane jedynie licznym intrygami, które stanowią oś fabularną serialu.

Jest jednak coś, co łączy wszystkie trzy bohaterki i tym czymś jest Nowy Jork. Miasto, które we wszystkich trzech produkcjach łączy się bezwzględnie z konsumpcją. Jest to o tyle ciekawe, że konsumowanie dało kobiecie z przełomu XIX i XX wieku możliwość samodzielnego poruszania się po mieście, bez obawy bycia potraktowaną jak ulicznica.
Ponadto, w badaniach kulturowych, konsumpcja bardzo często wiąże się z kobietą i stoi w opozycji wobec męskiej produkcji.
Podobną opozycję, opierającą się na nierówności płci, sugeruje Laura Mulvey w artykule Przyjemność wzrokowa a kino narracyjne. Dowodzi ona, że w systemie patriarchalnym przyjemność patrzenia dzieli się na aktywną – męską, i bierną – żeńską:
Mężczyzna jest tym, który patrzy, rzutując swoje fantazje na postać kobiecą. Kobieta jest obiektem spojrzenia, „ona przykuwa wzrok, ona podsyca i wyraża męskie pożądanie”, funkcjonuje jako przedmiot seksualny.

Kobieta zostaje uprzedmiotowiona poprzez męskie spojrzenie, będące na dominującej pozycji. Dopiero kobieta obdarzona władzą kupującego, poprzez kierowanie własnego spojrzenia na kupowany obiekt, ustanawiają opozycję przedmiot-podmiot, stawia siebie w roli podmiotu (a nie przedmiotu). W tym kontekście jako symptomatyczna jawi się scena, w której stojąca przed witryną sklepu Tiffaniego Holly Gollighty wypowiada następujące słowa:
Nie chcę niczego mieć, dopóki nie znajdę takiego miejsca, w którym ja i otoczenie będziemy do siebie pasować. Nie wiem jeszcze, gdzie to jest, ale wiem, jak tam będzie. Jak u Tiffaniego.

Powyższą wypowiedź rozumieć bowiem można jako potrzebę odnalezienia miejsca, w którym Holly, jako kobieta, będzie czuła się podmiotem, a nie przedmiotem męskiego pożądania.



Dla interesujących mnie w tym poście bohaterek, konsumpcja staje się możliwością stworzenia kobiecej tożsamości, niepodporządkowanej męskiej dominacji. Tak więc nawiązanie we współczesnych serialach do postaci Holly Golightly, można odczytywać jako pragnienie zerwania z obrazem kobiety biernej, zmuszanej do zajmowaniem się konsumpcją i podległej seksistycznym stereotypom.

czwartek, 27 maja 2010

Jak powstała HOUSEWIFE?

Stereotyp gospodyni domowej jest bardzo silnie obecny w kulturze amerykańskiej, a dzięki popularności takich programów jak Perfect Housewife Anthea’i Turner, stał się popularny także w Polsce. Perfekcyjna pani domu, zawsze uśmiechnięta, częstująca gości muffinami i mimo natłoku zajęć zawsze elegancka (nawet prasując koszulki), jest zdecydowanie lepszym wzorem do naśladowania niż wiecznie cierpiąca i poświęcająca się dla rodziny Matka-Polka.



Wprawdzie widzowie takich amerykańskich seriali jak Desperate Housewives czy Mad Men wiedzą, że tak naprawdę to tylko rola, którą kobiety odgrywały przed mężami i sąsiadkami, ale mimo to amerykańskie przedmieścia mają dla nas ten niesamowity urok właśnie dzięki wypielęgnowanym rękoma gospodyń domowym ogródkom.



Zjawisko typowej HOUSEWIFE wiązać należy z okresem po II wojnie światowej, kiedy to kobiety, które podczas wojny zastąpiły mężczyzn w fabrykach, zostały zmuszone do powrotu do domów i w taki sposób służeniu ojczyźnie. Zaczęły porzucać ambitniejsze zajęcia na rzecz wychowywania dzieci, gotowania i sprzątania. Dużą role w utwierdzaniu kobiet w tej decyzji odegrała telewizja. Choć należy pamiętać, że najbardziej kobiecy gatunek telewizyjny, opera mydlana, ma radiowy rodowód. Dopiero 1950 miała miejsce emisja pierwszej telewizyjnej produkcji tego gatunku. Telewizyjna opera mydlana, która wymagała od widza skupienia, bardziej efektywnie oddziaływała na niego poprzez reklamy. (W przypadku słuchowisk radiowych gospodyni domowa mogła bowiem łączyć słuchanie programu z wykonywaniem codziennych czynności.) Ponadto, dzięki telewizji, zostało pokazane wszystko to, co do tej pory słuchaczka musiała sobie wyobrażać. W dobie telewizyjnych oper mydlanych kobiety miały więc niemal bezpośredni dostęp do ideałów, z których mogły czerpać.

Co pokazywały opery mydlane?
Akcja oper mydlanych rozgrywa się w małych miastach i dotyczy rodzin, często wielopokoleniowych (…). Kobiety, bohaterki oper mydlanych (…) zajmują się przede wszystkim przeżywaniem i roztrząsaniem problemów osobistych i domowych.
(T. Modleski, Opera mydlana: wszystko dla pań, tłum K. Ciążyńska, „Dialog”, nr 5-6 1991)

Mateusz Halawa
w szkicu Opery mydlane: opowieść w 5. odcinkach przywołuje fragment prologu do jednej z pierwszych tego typu produkcji:
Oto prawdziwa historia kobiety, której życie, otoczenie i problemy są takie same jak tysiąca innych kobiet na świecie. Kobiety, która spędziła całe życie zajmując się domem: piorąc, gotując, sprzątając i dbając o rodzinę. Teraz śmierć męża nakazała jej być nie tylko matką, ale i głową rodziny. Codziennie o tej porze, z wyjątkiem sobót i niedziel, będziemy słuchać tej historii. Ale zanim usłyszymy ją dziś, chcę powiedzieć wam o czymś innym, co jest niesłychanie ważne dla każdej słuchającej nas pani domu: o niesamowitym nowym mydle do prania.
(30 najważniejszych programów TV w Polsce red: W. Godzic, Warszawa 2005, s.94.)



Gatunek ten kierowany przede wszystkim do gospodyń domowych był emitowany w tzw. DAYTIME (godziny od 11 do 16), czyli w czasie kiedy przed telewizorami znajdowały się tylko kobiety zajmujące się domem. Co więcej, tematyka oper mydlanych była jak najbardziej kobieca. Także sam gatunek został opisany przez Tanię Modleski jako typowo kobiecy. Zwraca ona uwagę, że:
potencjalny widz opery mydlanej istotnie konstruowany jest na wzór idealnej matki.
Bo z jednej strony jest kimś, kto ma wiedzę większą (niż dzieci), kimś kto może wysłuchać i zrozumieć racje wszystkich członków rodziny, z drugiej, jak matka, utożsamia się ze wszystkimi bohaterami.

W ten sposób opery mydlane stały się częścią kobiecego życia, pozwalały im na chwilę wytchnienia, jak również nadawały sens ich codziennemu życiu. Miały w sobie też wiele dydaktyzmu. Przede wszystkim utwierdzały istniejący podział świata. Dydaktyzm oper mydlanych z lat 50-tych oraz reklam był sposobem na nobilitację kobiecych umiejętności wykorzystywanych w domu. Metodą na zachęcanie kobiet do traktowania ich domowych ról nie jako patriotycznego obowiązku, ale jako przyjemności, którą daje możliwość identyfikowania się z tą rolą.

Od początku istnienia gatunku reklamy bardzo silnie związane były z operami mydlanymi. Nie tylko sponsorowały, ale także dopełniały treściowo. Tania Modleski pisze:
Reklamy mówią o małych problemach codziennych i podsuwają sposób ich rozwiązania. Zatem po serii nierozwiązywalnych problemów opiewanych w operze mydlanej pani domu uzyskuje jakąś satysfakcję: nie wszystko w życiu kończy się klęską, skoro można wywabić plamę z podłogi.
Reklama jest jednym z głównych elementów kultury masowej, który od początku przyciągał uwagę badaczek feministycznych. Chyba najchętniej, spośród wszystkich form przekazu medialnego, posługuje się stereotypowym przedstawianiem kobiet i mężczyzn. Taki wniosek potwierdza Dominic Strinati we Wprowadzeniu do kultury popularnej, w którym przywołuje wnioski z badań przeprowadzonych przez Gillian Dyer
Analizy reklam nasuwają myśl, że płeć przedstawiana jest rutynowo, zgodnie z tradycyjnymi stereotypami kulturowymi: kobiety pokazywane są jako obiekty seksualne, żony, matki, pomoce domowe, a mężczyźni jako mający autorytet i dominujący nad kobietami.






W latach pięćdziesiątych reklamowano wiele towarów skierowanych do kobiet, jako do osób zajmujących się w domu sprzątaniem i gotowaniem. Intrygujące jest jednak, że w reklamach artykułów żywnościowych czy sprzętów gospodarstwa domowego w roli ekspertów występują mężczyźni. Nawet jeżeli na ekranie widzimy kobietę, to – jak w Znakach na sprzedaż pisze Andrzej Pitrus – obecność mężczyzny jest w niej:
sugerowana w sposób pośredni, by zachować dominującą perspektywę. Jedną z najczęściej stosowanych technik był komentarz z offu, puentujący z męskiej perspektywy działania, których stroną aktywną – jak się okazuje pozornie – była kobieta.
Kobieta nie jest dopuszczana do głosu w reklamach. Odgrywa rolę uśmiechniętej pani domu, przygotowującej posiłek dla dzieci i męża oraz idealnie wyglądającej, nawet jeżeli szoruje wannę. Jest sprowadzona do podrzędnej roli konsumentki. To mężczyźni mają autorytet i posiadają wiedzę.



Media w latach pięćdziesiątych lansowały jeden model housewife, który można było odnaleźć w magazynach, reklamach oraz operach mydlanych. Stał się on wzorem dla milionów kobiet. Celem, do którego dążyły oraz obrazem, na podstawie którego budowały role, w które wchodziły.

wtorek, 25 maja 2010

Telewizja - zabawka przeznaczona dla dzieci powyżej 5 roku życia

Kilka lat temu opowiedziałam mojej pięcioletniej wówczas siostrzenicy o czasach, gdy moja siostra i ja byłyśmy dziećmi i przebierałyśmy się w matczyne kostiumy w stylu Jackie Kennedy - w różowe żakiety i toczki. Zabawne było opowiadać tę historię, dla mnie niezwykle ważną, lecz reakcja mojej siostrzenicy świadczyła o tym, że równie dobrze mogłabym mówić o dinozaurach. Najwyraźniej miała już gotowe wyobrażenie o dawnych czasach, bardzo odległe od jej własnej teraźniejszości. Wyobrażenie to niewątpliwie pochodziło głównie z serialu I love Lucy (1951-1957), który obie z siostrą wciąż jeszcze z wielką przyjemnością oglądałyśmy. Dziewczynka, która nieraz zasiadała do Lucy razem z nami, przerwała moją nostalgiczną opowieść pytaniem: "MASZ NA MYŚLI CZASY, KIEDY WSZYSTKO BYŁO CZARNO-BIAŁE?"
Najpierw pomyślałam, że to wyraz przedwcześnie rozwiniętego krytycyzmu wobec uproszczonego obrazu dobra i zła w ówczesnej telewizji, lecz po chwili zrozumiałam, że ona naprawdę sądzi, iż w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych świat był po prostu czarno-biały - skoro tak pokazywała go telewizja.

Cytat pochodzi z tekstu Od wieków ciemnych do złotego wieku: pamięć kobiet a seriale telewizyjne autorstwa Lynn Spigel, a poniżej przykład czarno-białego świata I love Lucy:

niedziela, 23 maja 2010

zdjęcia wnętrza telewizora

Kuba Dąbrowski jest fotografem. Robi zdjęcia różnym rzeczom, a czasami telewizorowi. Jak gdzieś-kiedyś powiedział, zostało mu to z dzieciństwa. Gdy był mały nie było jeszcze ani Brava, ani Popcornu, nie miał więc skąd wziąć plakatów. Dlatego też robił zdjęcia swoim idolom, gdy widział ich w telewizji, a potem te fotografie zawieszał na ścianach swojego pokoju, udając że to plakaty...







Zdjęcia pochodzą z jego bloga.

„TAK WŁAŚNIE BAWIMY SIĘ W DWÓJCE”

Litwo, Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie;/ Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,/ Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie/ Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie.

Najsłynniejsza inwokacja polskiej literatury, napisana przez najsłynniejszego polskiego poetę, to najsłynniejsza literacka deklaracja patriotyzmu. Cały problem polega na tym, że Pan Tadeusz zaczyna się od słów: "Litwo, Ojczyzno moja!" Oczywiście my wszyscy wierzymy głęboko, że tu nie o Wielkie Księstwo Litewskie, ale o Koronę chodzi, ewentualnie Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Niemniej, nieważne chyba jakie wykształcenie się posiada i jak bardzo nacjonalistycznymi/ kosmopolitycznymi poglądami się szczyci i tak jest trochę żal, że Pana Tadeusza nie rozpoczynają słowa: "Polsko, Ojczyzno moja!" Bo gdyby Mickiewicz tak napisał, to byłoby po kłopocie. A tak teraz musimy sobie to jakoś rekompensować…

A że duchowi narodu lekko, łatwo i przyjemnie przemawiać przez telewizję, TVP – czyli stacja z misją – pracuje nad reperacją naszej narodowej dumy. I dlatego właśnie powstał program Kocham Cię Polsko. Wesoły, rozrywkowy teleturniej, emitowany od 3 sezonów na „Dwójce” w piątki o godzinie 21:15.


Teleturniej przepełnia miła atmosfera, bo w końcu temat jest niezwykle przyjemny. Kto z nas Polski nie kocha? A za co, to nawet ziarenek piasku nad pięknym Bałtykiem nie wystarczy, by zliczyć…
Gospodarz programu, Maciej Kurzajewski, kocha Polskę za:
Kluski z truskawkami i za uśmiech (…) żony – poznanianki.
Marzena Rogalska, kapitanka jednej z drużyn, za:
Wszystkie bazarki w różnych miejscach Polski oraz panie, u których mogę kupić prawdziwy wiejski ser i prawdziwe jajka od prawdziwych kur.
Natomiast Katarzyna Zielińska, dowodząca drugą drużyną, za:
Skomplikowaną składnię języka polskiego, za bunc i oscypek z miętą, za niedzielne tradycje rodzinnych spotkań, za obchodzenie nie tylko imienin ale również urodzin, za grzaniec galicyjski (najsmaczniejszy na świecie, nawet w Wiedniu nie podają lepszego), za polską szarlotkę.


Ja się im wcale nie dziwię. Bo jak tu nie kochać ojczyzny, skoro: reprezentanci Polski od 1994 roku występują w konkursie Eurowizji; mówi się u nas: "Gdzie bogactwo jest, tam jest i łajdactwo"; najstarszą polską pieśnią religijną jest Bogurodzica; Władysław Komar zdobył złoto w pchnięciu kulą w 1972 roku w Monachium; a w 2008 roku Polacy spożyli 19.720 ton miodu… (i tego wszystkiego dowiedzieć się można oglądając ten program!)

Kocham Cię Polsko jest to teleturniej, w którym 2 drużyny – złożone z gwiazd telewizji i kolorowych magazynów – zmagają się ze sobą i swoją miłością do ojczyzny w 9 niezwykle trudnych rundach. A jest wśród nich literowanie skomplikowanych ortograficznie słów; odgadywanie, nuconej przez czarnoskórego gościa programu, melodii; kręcenie kołem fortuny; czy też gra w kalambury. A wszystko to w eklektycznej oprawie złożonej z publiczności przebranej w t-shirty z modnymi nadrukami z Cepelii, uśmiechających się hostess w skórzanych butach za kolana i mini spódniczkach z modnymi nadrukami z Cepelii oraz scenografii złożonej ze słoneczników, bocianów, żubrów oraz modnych nadruków z Cepelii.


Nietrudno odgadnąć mój stosunek do tego programu. Nie mam zamiaru tego ukrywać. Po prostu jemu nie wierzę. I to nie w kwestii tego, czy jest teleturniejem, czy też nie.

Bowiem jak w artykule Od Wielkiej gry do Milionerów, czyli triumf konsumpcjonizmu wylicza Artur Majer, żeby teleturniej był teleturniejem muszą się pojawić: REGUŁY, GOSPODARZ programu, jego UCZESTNICY-RYWALE, NAGRODY, jak również ILUZJA BEZPOŚREDNIOŚCI. To wszystko w Kocham Cię Polsko można znaleźć.
Co więcej, nie stanowi również problemu rodzajowe dookreślenie jego gatunku. Odwołując się ponownie do Majera, istnieją następujące podgatunki teleturnieju: MUZYCZNY, WOJSKOWY, RELIGIJNY, JĘZYKOWY itd (to podział ze względu na temat). Bądź też (dzieląc teleturnieje pod względem stopnia trudności) można wymienić programy wymagające: WIEDZY NAUKOWEJ; WIEDZY POTOCZNEJ; oraz POŚREDNIE.
Trochę na marginesie obu podziałów stoi GAME SHOW, czyli TELETURNIEJ-WIDOWISKO. Główną motywacją udziału w takim teleturnieju – przynajmniej pozornie – jest chęć zabawy, a nie uzyskania materialnych korzyści. Game show jest teleturniejem hybrydowym. Pytania i odpowiedzi przeplatają się ze wspólnym śpiewem, tańcem albo też występami gwiazd. Często również to twarze znane z mediów są uczestnikami tego typu programów.

Tak właśnie scharakteryzować można Kocham Cię Polsko. W teleturnieju padają pytania z najróżniejszych dziedzin: sportu, językoznawstwa, geografii, historii. Niektóre są banalnie proste, inne natomiast nie tak bardzo. Odpowiedź na niektóre zależy natomiast od przypadku i szczęścia.

Dzięki takiej różnorodności całość tworzy pozory bycia – jak pisałam wyżej – wesołym, rozrywkowym teleturniejem, w którym panuje miła atmosfera. Ja jednak w to wszystko nie wierzę i to wcale nie dlatego, że geografia, albo sport to nie moje dziedziny. (W Kocham Cię Polsko zdarzają się bowiem pytania, które świetnie wpisują się w moje zainteresowania, jak również w poruszane na tym blogu tematy.) Nie wierzę temu teleturniejowi ponieważ obraz Polski, jaki kreuje jest bliższy temu, który opisywał Mickiewicz:

Tymczasem przenoś moją duszę utęsknioną/ Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych,/ Szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych;/ Do tych pól malowanych zbożem rozmaitem,/ Wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem;

Nie ma za to nic wspólnego z Polską pokazywaną w Faktach, czy Teleexpressie, a nawet w M jak miłość. Lubię Cepelię, ale nie od 3 sezonów w każdy piątek o 21:15.

czwartek, 20 maja 2010

autotematycznie, o blogowaniu

Wielokrotnie i to już od samego początku deklarowaliśmy, że założeniem naszego bloga ma być próba porównania telewizji publicznej i komercyjnej. Wytrwały czytelnik CHEWING GUM FOR THE EYES może jednak dojść do wniosku, że postawiliśmy sobie wyjątkowo ambitne zadanie, jako że w naszych notkach dość rzadko pojawia się telewizja prywatna w roli pierwszoplanowej. Chciałabym jednak rozwiać wszelkie wątpliwości dotyczące charakteru naszego bloga. Choć rzeczywiście prywatnie darzę dość dużym sentymentem TVP, to jednak na blogu staram się zachować przynajmniej pozory naukowego obiektywizmu. Brak postów komparatystycznych, bądź dotyczących stricte telewizji prywatnej, wynika z naszej premedytacji zrodzonej pod wpływem obserwacji innych blogów należących do projektu.
Moim zdaniem jednym z niepodważalnych plusów „blogowego zadania domowego” jest fakt, iż każdy z nas ma dostęp do pracy innych. Czytając wzajemnie własne blogi nie tyle dowiadujemy się więcej o telewizji co wchodzimy w pewien dialog. Niekoniecznie bezpośredni, który polega na komentowaniu na jednym blogu postów zamieszczonych na innym. Za dialog uważam również takie dobieranie postów, by nie powielać tego, co już gdzieś indziej zostało napisane. Oczywiście mam tutaj na myśli przede wszystkim oryginalność, ale również pewną wspólną świadomość pisania w gruncie rzeczy jednego tekstu.
Z tego właśnie powodu na naszym blogu skupiamy się w większości na publicznych serialach, programach rozrywkowych oraz przeszłości TVP. Mamy bowiem wrażenie, iż nasze koleżanki i koledzy wyczerpują temat prywatnych kanałów telewizyjnych, pisząc o Faktach, teleturnieju Milionerzy, tvnowskich serialach: Majce i Klubie Szalonych Dziewic, czy też kreskówkach emitowanych w pierwszej w Polsce prywatnej stacji telewizyjnej, Polonii 1. (Zresztą ankieta przeprowadzona przez Tele-fere znakomicie potwierdza, iż to telewizja prywatna cieszy się wśród nas dużo większą popularnością niż TVP.)

Po tych sowitych wytłumaczeniach wypada wziąć się z powrotem do pracy i opisać jakieś kuriozum TVP… Na przykład teleturniej KOCHAM CIĘ POLSKO, posiadający bardzo intrygującą zapowiedź:




A skoro Katarzyna Zielińska, jedna z gospodyń teleturnieju, mówi że na program trzeba poczekać do piątku, ze swoimi wrażeniami dotyczącymi KOCHAM CIĘ POLSKO również poczekam do dnia emisji jego kolejnego odcinka.

A tymczasem - by lepiej wejść w patriotyczny klimat teleturnieju - w ramach zadania domowego z zadania domowego proponuje mini-quiz:

1. W którym roku po raz pierwszy reprezentanci Polski wystąpili na Eurowizji?
a) 1989; b) 1994; c) 2000
2. Dokończ przysłowie: Gdzie bogactwo jest, tam jest i
a)…łajdactwo; b)…knajactwo; c)…pazerność
3. Jak brzmi tytuł najstarszej polskiej pieśni religijnej?
a) Boże coś Polskę; b) Bogurodzica; c) Ludu mój ludu
4. Na których Igrzyskach Olimpijskich Władysław Komar zdobył złoty medal w pchnięciu kulą?
a) Moskwa 1980r.; b) Monachium 1972 r.; c) Tokio 1964 r.
5. Ile ton miodu zostało spożyte w Polsce w 2008 roku?
a) 20.830 ton; b) 15.400 ton; c) 19.720 ton

Przeczytajcie kolejnego posta. Będzie w nim rozwiązanie!!!

"czasem aż boję się koledzy, że na obrazy z telewizorem nie wygramy"

Jeden z moich ulubionych pl malarzy - Paweł Susid - namalował, idealnie wpisując się w tematykę naszego bloga.



A tutaj więcej jego, niekoniecznie telewizyjnego, malarstwa.

środa, 19 maja 2010

Finał ogólnopolskiego turnieju prezenterów dyskotekowych

Założeniem naszego bloga była próba porównania telewizji publicznej i komercyjnej. W przypadku współczesnej telewizji w Polsce, obiegowy wniosek, wynikający z powyższego zestawienia nie wiele różni się od opinii specjalistów. Oba zdania brzmią następująco: W erze, w której bliżej jest do neo- niż paleo-tewizji, stacje publiczne nie mają zbyt wielu szans z telewizją prywatną. To w tej ostatniej kształtowane są nowoczesne wzorce, które później – z lepszym bądź gorszym skutkiem – przejmuje TVP. Poprzestanie na powyższej konkluzji, a w konsekwencji tego porównywanie, na przykład, emitowanych w 1 programie TVP Wiadomości z tvnowskimi Faktami nie ma większego sensu. Albo mówiąc inaczej, nie jest zgodne z zasadami fair play. Trzeba bowiem pamiętać, iż to telewizja publiczna była pierwszą w Polsce, to ona kształtowała przez długie lata postawy i gusta telewidzów.






Stanisława Ryster, prowadząca emitowany w TVP2 teleturniej Wielka gra, nauczyła Polki – na długo przed lekcjami stylu Jolanty Kwaśniewskiej – jak należy elegancko siedzieć. Do dziś nie trzeba chyba żadnemu Polakowi tłumaczyć kim są i co robili w telewizji Krystyna Loska, czy Adam Słodowy.


Co niezwykle istotne legendy TVP nie funkcjonują wyłącznie jako element przeszłości. Wynika to jasno z artykułu Postmodernizm i społeczeństwo konsumpcyjne autorstwa Fredrica Jamesona, fundamentalnego dla rozwoju światopoglądu postmodernistycznego tekstu.
Jak bowiem pisze Jameson:
„Oto cały nasz współczesny system społeczny zaczął stopniowo tracić zdolność przechowywania przeszłości, żyjąc w wiecznej teraźniejszości i wiecznej zmianie.”
Odpowiedzią na życie w schizofrenicznie permanentnym czasie teraźniejszym jest dla Jamesona moda na retro oraz – wynikające z niej – filmy nostalgiczne. Ich styl:
„wkracza jako kolonizator nawet w te odmiany dzisiejszego kina, które posługują się współczesnymi realiami.”


Nostalgiczne filmy oraz cała retro-kultura postmodernizmu permanentnie czerpią z klimatu przeszłości, przywołując minione czasy poprzez ich ikony i mity. W polskim wydaniu za objaw tej „słabości” postmodernizmu uznać można kino Janusza Majewskiego, albo postać Nikodema Dyzmy, która powraca co kilka dekad w co rusz to nowych odsłonach. (W 1956 roku Jan Rybkowski nakręcił film Nikodem Dyzma z Adolfem Dymszą w tytułowej roli, w 1980 roku powstał serial Kariera Nikodema Dyzmy z Romanem Wilhelmim w roli głównej, natomiast w 2002 roku Jacek Bromski nakręcił Karierę Nikosia Dyzmy, w którego wcielił się Cezary Pazura.)

Taki sam mechanizm funkcjonuje również w telewizji. Niewątpliwie TVP posiada najdłuższą i najbogatszą historię z pośród wszystkich nadawanych w Polsce stacji i coraz szerzej zaczyna z niej korzystać (nie tylko w corocznych powtórkach peerelowskich seriali w czasie sezonu ogórkowego…). Przykładem tego jest program HITY DEKADY, emitowany w TVP2. Telewizyjne show, którego gospodarzem jest Marcin Daniec stara się odtworzyć klimat minionych czasów za pomocą dawnych melodii, anegdot, jak również przedmiotów kultu. Hitem może okazać się zarówno słynna telewizyjna lista przebojów 30 ton, jak i wyśmiewany obowiązek uczestniczenia w pochodach pierwszomajowych.

O swojej przeszłości TVP przypomina również na stronie internetowej, na której znajduje się zakładka RETRO. W niej odnaleźć można zarówno teksty dotyczące historii i ikon Telewizji Polskiej, jak i emitowane w przeszłości materiały audiowizualne. Niektóre z nich są szczególnie warte obejrzenia. Dla wytrwałych czytelników naszego bloga przygotowałam specjalną play listę hitów RETRO TVP:
Miejsce 5. - Spekulanci (1971 r.)
Miejsce 4. - Restauracja „Złota Kaczka” (1969 r.)
Miejsce 3. - Kosmetyka dla gospodyń domu (1967 r.)
Miejsce 2. - Jugosłowiańska oferta zimowa (1972 r.)
Miejsce 1. - Finał ogólnopolskiego turnieju prezenterów dyskotekowych (1983 r.)

niedziela, 16 maja 2010

Usiądźcie wygodnie wszyscy Wy, samotni chłopcy. Za kilka chwil poznacie miłość swojego życia!

Choć jako 4latka zobaczyłam w telewizji (to był poniedziałek, godzina 13:00 – pamiętam jak dziś!) Ptaki Hitchcocka i do dziś serce mi drży oraz mam nogi jak z waty gdy przychodzi mi przemierzać krakowski rynek, nie żywię żadnego urazu do telewizji. I choć czuję nostalgię za komunizmem (widziałam zresztą Ptaki chyba krótko przed tym, zanim tamten reżim upadł), to nigdy nie chciałabym żyć za żelazną kurtyną. Nie pamiętam już bowiem jak to jest radzić sobie bez Internetu…

Słyszałam, że w tamtych czasach organizowano tak zwane PRYWATKI. Nie jestem sobie jednak w stanie wyobrazić takiej imprezy. W dzisiejszych czasach, gdy już w całym domu nie ma ani kropli alkoholu, nikomu nie chce się tańczyć, a do nocnego autobusu jest jeszcze sporo czasu, włącza się YOU TABA.
You Tube jest zresztą wielce funkcjonalny nawet bez imprezy. Może rozbawić, gdy najdzie melancholijny nastrój. Może rozwinąć, gdy brakuje intelektualnych inspiracji. Można też z jego pomocą oglądać filmy. W całości.

Ja ostatnio dogrzebałam się w nim do tego:



Dziewczyny do wzięcia Janusza Kondratiuka zostały nakręcone w 1972 roku. Nieprzypadkowo ten właśnie film zamieściłam na naszym blogu. Jest on bowiem FILMEM TELEWIZYJNYM. Jak w artykule Kino z małego ekranu pisze Piotr Kletowski, gatunek ten powstał w latach 50. w USA. Wtedy to, z powodu rozwoju telewizji, Hollywood przeżywał poważny kryzys. "Rekiny" ze stacji CBS postanowiły zniszczyć doszczętnie swojego wroga z LA wpadając na pomysł realizacji własnych filmów. Choć na początku filmy telewizyjne opierały się głównie na rejestracji sztuk teatralnych, już w dekadę później gatunek ten uzyskał swą autonomię. Zaczęły powstawać telewizyjne wersje filmowych gatunków. To właśnie za pośrednictwem filmów telewizyjnych debiutowali czołowi twórcy amerykańskiej Nowej Fali. Nie trzeba było długo czekać by i Hollywood zaczął inspirować się tym, stworzonym na srebrnym ekranie, gatunkiem, tworząc na przełomie lat 50. i 60. kino społeczno-psychologiczne.

Podobną drogę ku sławie filmy telewizyjne przeszły również w Polsce, gdzie Telewizja Polska stworzyła POLTEL, w którym realizowano krótkie i średnie metraże. To właśnie filmami telewizyjnymi swoje kariery rozpoczynali później twórcy kina Moralnego Niepokoju.



Janusz Kondratiuk, reżyser prawdopodobnie mniej znany, niż jego brat, Andrzej, zrealizował wiele telewizyjnych produkcji. Większość z nich - a na pewno Dziewczyny do wzięcia - określić można (słowami samego reżysera) jako: FILMY FABULARNE W KLIMACIE KINA POST DOKUMENTALNEGO. Już przecież na pierwszy rzut oka tytułowe Panny mają wiele wspólnego z bohaterami czeskich filmów nowofalowych.



Prawdopodobnie niewielu osobom ten film skojarzy się z reżyserowanym przez Janusza Kondratiuka w latach 2006-2008 serialem Faceci do wzięcia. I słusznie. Nie warto chyba nic więcej dodawać w tym temacie...



Dobrze, już dobrze, nie przeszkadzam już więcej…


Reality TV

Dziś mało kto lansuje się dzięki telewizorowi (oczywiście z telewizją to co innego...). Sama swój odbiornik przez długi czas nonszalancko trzymałam schowany na strychu. Wiem jednak dobrze, że kiedyś było inaczej. Na przykład w latach osiemdziesiątych. Wtedy to takie historie jak ta, którą umieszczam poniżej, nie należały wcale do rzadkości.
Historia pochodzi z komiksu Marzi. Dzieci i ryby głosu nie mają Sylvaina Savoia i Marzeny Sowy.







Dla Marzi i wszystkich tych, którzy swój telewizor trzymają aktualnie na strychu, piwnicy, w ogródku lub na balkonie REKSIO W KOLORZE:

poniedziałek, 3 maja 2010

pobudka!



Ten pan to David Lynch, wszyscy o tym dobrze wiecie. Przypuszczam też, że nikogo z Was za bardzo nie zastanawia, dlaczego David Lynch pojawił się na blogu o telewizji. O razu przecież ciśnie się na usta oczywista odpowiedź: MIASTECZKO TWIN PEAKS.

Nie, nie, nie, nie... to nie będzie post o przygodach bezbłędnego agenta Coopera. Jak się bowiem okazuje, Lyncha w telewizji interesuje nie tylko serial, ale również... PROGNOZA POGODY. Na swojej stronie internetowej niemalże codziennie relacjonuje pogodę, jaką widzi za oknem swojego domu w LA.
A że dużo przyjemniej jest usłyszeć na dzień dobry: MOSTLY BLUE SKY..., WHITE PUFFY CLOUDS..., 60 DEEGRES FARENHEIT..., niż że PADA i WIEJE i że ZACHMURZENIE ŚREDNIE-UMIARKOWANE, namawiam - WARM & SUNSHINE - do zaczynania każdego dnia od wirtualnej wycieczki do Kalifornii...

niedziela, 2 maja 2010

Superbohaterowie, miałam rację...

CIĄG DALSZY KILKUETAPOWEJ NOTKI O "CZASIE HONORU"

Jakiś czas temu, w poście KILKUETAPOWA NOTKA O "CZASIE HONORU", ALBO PERFIDNY PRODUCT PLACEMENT, rozpoczęłam swoje rozważania nad emitowanym przez 2 program TVP serialem. Nie napisałam wtedy zbyt wiele o gatunku, do jakiego przynależy Czas honoru, ograniczając się wyłącznie do następującego wniosku: „POŁĄCZENIE” JEST ZRESZTĄ NAJLEPSZYM OKREŚLENIEM TEGO SERIALU. ŁĄCZY ON BOWIEM RÓWNIEŻ MELODRAMATYCZNOŚĆ „M JAK MIŁOŚCI” I Z SENSACYJNOŚCIĄ „OFICERA”.
I choć przychylam się do opinii Jane Feuer, piszącej, że: TEORIA GATUNKU LEPIEJ NADAJE SIĘ DO BADAŃ FILMU NIŻ TELEWIZJI. Oraz, iż: GATUNKI TELEWIZYJNE POSIADAJĄ OGROMNĄ ZDOLNOŚĆ DO EWOLUCJI ORAZ WZAJEMNEGO ŁĄCZNIA SIĘ I PRZENIKANIA.* To jednak w przypadku interesującego mnie serialu, próba zdefiniowania jego gatunku jest niezwykle istotna w zrozumieniu przekazu, jaki ze sobą niesie oraz funkcji jaką pełni w ramówce TVP 2.

W zakończeniu poprzedniego posta przytoczyłam definicję serialu stworzoną przez Wiesława Godzica. Ustawia ona ten gatunek w opozycji do serii oraz komedii sytuacyjnej. W Czasie honoru znaleźć można wszystkie, wymienione przez Godzica, cechy serialu:

- EPIZODY ŁĄCZĄ SIĘ ZWIĄZKIEM PRZYCZYNOWO-SKUTKOWYM I ROZWIJAJĄ FABULARNIE. Akcja rozgrywa się w czasie II wojny światowej od roku 1941. Sytuacje zarysowane w 1 odcinku mają swoje kontynuacje w kolejnych. Jednym z wiodących wątków niemalże całej pierwszej serii serialu jest uwięzienie Władka na Pawiaku, pokazane od momentu łapanki ulicznej do akcji odbicia tej postaci w odcinku finałowym.
- WYSTĘPUJE STAŁA GRUPA BOHATERÓW. Głównymi bohaterami są 4 członkowie oddziału Cichociemnych, pozostałe postacie serialu są związane z tymi bohaterami.
- SERIAL SPEŁNIA FUNKCJĘ EDUKACYJNĄ, MA CHARAKTER PROSPOŁECZNY. Jest niewątpliwie realizacją misji TVP, przybliżania mianowicie historię Polski, w taki sposób, by pokazać bohaterów narodowych jako postacie, z którymi telewidzowie mogą się utożsamiać.
- HISTORIE ROZGRYWAJĄ SIĘ SYMULTANICZNIE, PRZEDSTAWIANE SĄ Z ROZMAITYCH PUNKTÓW WIDZENIA. Sytuacje pokazane są zarówno z perspektywy mieszkających w Warszawie Polaków, jak i dowództwa wojsk niemieckich. Zobrazowane są różnorakie postawy: od członka ruchu oporu, poprzez osoby, które nie chcą się angażować, do szpiclów.
- POPRZEZ KOLEJNE EPIZODY WIDZ POGŁĘBIA SWOJĄ WIEDZĘ O BOHATERACH, DOWIADUJE SIĘ O KOLEJNYCH ZWIĄZKACH POSTACI ZE SOBĄ. Bohaterowie przechodzą ewolucję. Aktorka Wanda zaczyna działać w ruchu oporu, choć na początku reprezentowała bierną postawę. Najmłodszy z Cichociemnych, Michał, dorasta, stając się z każdym zadaniem bardziej dojrzałym i odpowiedzialnym żołnierzem.

Jako że akcja Czasu honoru rozgrywa się w czasie wojny, a głównymi bohaterami są żołnierze Armii Krajowej, dojść można do wniosku, że serial ten jest SERIALEM WOJENNYM. Na pozór stwierdzenie to wydaje się całkowicie słuszne. W serialu bowiem pojawiają się – choć z rzadka – sceny tego rodzaju:



Co jednak istotne, telewizyjna intuicja podpowiada, że seriale wojenne przedstawiają zazwyczaj jakąś wyjątkową sytuację, kuriozum, a nie wojnę z szerokiej, bliskiej większości, perspektywy. (Jak pisałam poprzednio: TWÓRCÓW TEGO GATUNKU NIE INTERESUJĄ TEGO TYPU CELE. NAD JEDNOSTKOWĄ PERSPEKTYWĘ TYPOWYCH UCZESTNIKÓW TAMTYCH WYDARZEŃ PRZEDKŁADAJĄ NIEZWYKŁE PRZYPADKI: PODWÓJNEGO TAJNEGO AGENTA, A DO TEGO CZŁOWIEKA BEZ SKAZY, ALE ZA TO O BŁĘKITNYCH OCZACH, CZY TEŻ 4 ŻOŁNIERZY PODRÓŻUJĄCYCH WRAZ Z PSEM CZOŁGIEM „RUDY”.) Czas honoru pod tym względem nie jest typowy. (Jak zauważyłam wtedy: SERIAL TEN JEST POŁĄCZENIEM MIKRO-HISTORII MIESZKAŃCÓW OKUPOWANEJ WARSZAWY, Z PRZEDSTAWIENIEM PRZYGÓD GRUPY SUPERBOHATERÓW, NIEMALŻE CZTERECH JAMESÓW BONDÓW TAMTEGO OKRESU.)

Przy pisaniu pierwszego posta wydawało mi się, że ten właśnie element świadczy o wyjątkowości serialu. Miałam wtedy nadzieję, iż ukazane w nim mikrohistorie odczytywać można jako próbę tworzenia HISTORII TOTALNEJ.
Teraz jednak bliżej mi do innej interpretacji. Obecność mikrohistorii w serialu rozpatrywać można również jako element łączący ten wojenny serial z OPERĄ MYDLANĄ. Czas honoru bowiem spełnia wszystkie, wyliczone przez Chrisa Bakera, cechy tej ostatniej:

- FORMA NARRACYJNA O OTWARTYM ZAKOŃCZENIU. Pomimo umiejscowienia akcji w czasie II wojny światowej, która – jak wszyscy dobrze wiemy – skończyła się w konkretnym, ściśle określonym momencie, ukazanie powojennych losów bohaterów w żaden sposób nie stałoby w sprzeczności z założeniem serialu.
- WYTWARZANIE POCZUCIA PRZESTRZENI GEOGRAFICZNEJ, Z KTÓRĄ ŁATWO JEST SIĘ WIDZOM UTOŻSAMIAĆ. Większość akcji dzieje się w okupowanej Warszawie, w kilku powtarzających się stale miejscach, wiążących się bądź to z życiem prywatnym bądź „zawodowym” bohaterów.
- NAPIĘCIE POMIĘDZY KONWENCJĄ REALIZMU I MELODRAMATU. Serial umiejscowiony jest w konkretnym czasie historycznym, którego realia oddane są z należytą pieczołowitością. Jednocześnie atmosferę serialu buduje charakterystyczne dla melodramatu: PODWYŻSZONE POCZUCIE DRAMATURGII, Z NACISKIEM NA EMOCJE I „UDRĘKI ŻYCIA”.
- TEMATYKA ZWIĄZKÓW INTERPERSONALNYCH. To relacje pomiędzy bohaterami, zakochania i rozstania, stanowią trzon akcji serialu:



Z tej perspektywy Czas honoru niewiele różni się od innego hitu DWÓJKI, M jak miłości. Dawno bowiem (a dokładniej od czasu pojawienia się serialu Dallas), przestano traktować opery mydlane jako gatunki przeznaczone wyłącznie dla kobiet. Czas wojny, często zmuszający bohaterów do podejmowania trudniejszych decyzji, niż te z którymi zmagają się telewidzowie, wpływa niewątpliwie na melodramatyczność serialu. Z tej perspektywy dojść można do wniosku, iż twórcy Czasu honoru wykorzystują lata 1939-1945 w sposób cyniczny. Wojna jest dla nich wyłącznie atrakcyjną scenografią, pozwalającą na odświeżenie wyeksploatowanego w M jak miłości i Barwach szczęścia formatu.

Jednakże do misyjności tego serialu można również podejść z innej perspektywy, widząc w Czasie honoru obraz nawołujący do równouprawnienia kobiet i mężczyzn. W tym kontekście jest on samochodzikiem danym kilkuletniej dziewczynce, zamiast przynależnej jej do tej pory różowej lalki. W powszechnej świadomości przynależy on do typowo męskiego gatunku seriali wojennych. Jego konstrukcja zbliżona jest jednak do przeznaczonej pierwotnie dla kobiet, opery mydlanej. Jest więc serialem stojącym w opozycji wobec powszechnym stereotypom płciowym.(Niestety taka interpretacja, choć szlachetna, jest dość wątpliwa. Wszyscy czterej Cichociemni to bowiem mężczyźni, a kobiety w tym serialu są najczęściej wyłącznie łączniczkami.)


* J. Feuer, Badania gatunków a telewizja, w: R.C. Allen, Teledyskursy. Telewizja w badaniach współczesnych, Kielce 1998.

sobota, 1 maja 2010

2. biegun szwedzkich reklam telewizyjnych

Roy Andersson zadebiutował w 1970 roku nagrodzoną na festiwalu w Berlinie Historią miłosną (En karlekshistoria). Od tego czasu nakręcił jedynie trzy filmy pełnometrażowe: Giliap w 1975 roku, nagrodzone nagrodą specjalną jury w Cannes w 2000 roku Pieśni z drugiego piętra (Sånger från andra våningen) oraz Do ciebie, człowieku (Du levande) w 2007 roku.
Pomimo niewielkiego dorobku jest on znaną postacią szwedzkiego przemysłu filmowego. Już u progu swej kariery został okrzyknięty mianem TALENTU REŻYSERSKIEGO NA MIARĘ BERGMANA. Ponadto jest właścicielem własnego studia filmowego - Studia 24, ale przede wszystkim twórcą ponad 300 REKLAM TELEWIZYJNYCH oraz FILMÓW KRÓTKOMETRAŻOWYCH.

A jako że jakiś czas temu pisałam o reklamach, które dla szwedzkiej telewizji zrobił Ingmar Bergman, reklamy Anderssona wydają mi się obowiązkowym dopełnieniem posta o spotach mydła Bris. Prezentują one bowiem zupenie inną poetykę, choć podobnie jak w przypadku twórcy Persony, odwołują się do pełnometrażowego dorobku reżysera. Statyczne ujęcia, ascetyczne wnętrza, małomówni choć skłonni do drastycznych kroków bohaterowie, teatralizacja zachowań, dziwny, absurdalny humor i atmosfera wyobcowania to elementy, które wyróżniają zarówno Pieśni z drugiego piętra i Do ciebie, człowieku, jak i prezentowane poniżej spoty.

Kolejną wspólną cechą pełnometrażowych filmów oraz reklam Anderssona (cechą, która nie pojawia się tak wyraźnie u Bergmana) jest bardzo wnikliwa obserwacja społeczeństwa, prowadząca do OSTREJ KRYTYKI MODELU SZWEDZKIEGO SPOŁECZEŃSTWA DOBROBYTU.
Co ciekawe zwłaszcza w przypadku reklam, ten element dostrzec można nie tylko w spotach realizowanych na zlecenie funduszu emerytalnego (Handelsbanken pension plan) i partii politycznej (Socialdemokraterna), ale również w reklamach czysto komercyjnych (Lotto).

piątek, 30 kwietnia 2010

TELEVISION IS MORE INTERESTING THAN PEOPLE. IF IT WERE NOT, WE WOULD HAVE PEOPLE STANDING IN THE CORNERS OF OUR ROOMS. (Alan Corenk)

MONEY FOR NOTHING (Jak otworzyć puszkę z ravioli za pomocą abonamentu?)

Przypuszczam, że przynajmniej części z Was znana jest sytuacja, w której siedząc przed telewizorem, namiętnie się ZAPPINGUJE, po to tylko by na końcu orzec, że nie ma w telewizji niczego „do oglądania”. W takim wypadku moi rodzice nierzadko powtarzają to samo, retoryczne, pytanie: „DLACZEGO PŁACĘ TAK DUŻO, SKORO W TELEWIZJI SĄ SAME GŁUPOTY?”

(1a) Nie, nie – moi rodzice nie mają PAY-TV. Narzekając na rachunki, mają na myśli comiesięczny obowiązkowy GEZ (odpowiednik polskiego abonamentu radiowo-telewizyjnego). Z tych opłat finansuje się bowiem niemiecka telewizja publiczna. Zgodnie ze wzorcem sprowadzonym z Wysp Brytyjskich, telewizja ta w RFN jest niezależna względem państwa, dlatego siła jej finansowania spoczywa w głównej mierze na narodzie. (Płacić musi każdy obywatel Niemiec, który posiada radioaparat nadawczo-odbiorczy.)
(2a) Oprócz czerpania zysków z abonamentu, niemiecka telewizja publiczna może również emitować reklamy, jednakże w dość ograniczonym zasięgu: Od poniedziałku do soboty i to do godziny 20:00 dozwolona jest emisja 20 minut przekazu reklamowego dziennie.
(3a) Istnieje również trzecie źródło finansowania telewizji publicznej, a jest nim sponsoring. A oto jego przykład z „życia” : W soboty 1 program telewizji niemieckiej w emitowanym od godziny 18:00 paśmie SPORTSCHAU pokazuje skróty meczy piłkarskich lig 1, 3 oraz regionalnych. W tym czasie ta stacja ma monopol na wyświetlanie niemieckiej piłki nożnej, a co za tym idzie, również wysoką liczbę widzów. Dlatego też całe 20 minut reklam, które są do dyspozycji tego dnia, zostaje wykorzystane podczas dwugodzinnego Sportschau, jednocześnie sponsorowanego przez producenta piwa. Zarówno sponsoring, jak i reklama są dostosowane do grupy docelowej tego programu, a mianowicie mężczyzn.

Od lat 80-tych, wraz z pojawieniem się prywatnej telewizji, powstał tak zwany SYSTEM DUALNY. Zakłada on, że w odróżnieniu od telewizji publicznej, telewizja prywatna jest przedsiębiorstwem wyłącznie zorientowanym na zysk, którego jedynym źródłem finansowani jest reklama.
Jak działa takie przedsiębiorstwo? (1b) Wykupując BLOCKBUSTERA, stacja ma świadomość że, jeśli pokarze film w PRIME TIMIE, będzie miała wysoką oglądalność, więc sprzedaje sekundowo swój czas reklamowy. (2b) Również teleturnieje, w których wygrywa się nagrody materialne służą finansowaniu stacji. (3b) Prywatna niemiecka telewizja korzysta ponadto z możliwości sprzedania innym przedsiębiorstwom swojego czasu antenowego (Choć nie jestem pewny, czy jest to działanie w pełni legalne…)
Przykładowo, program GALILEO emituje 10 minutowy pokaz produkcji ravioli. Widz śledzi powstawanie potrawy od samego początku do momentu ustawienia puszki w znanym mu sklepie. Choć w takim programie nazwa marki przeważnie nie pada, pojawia się rozpoznawany przez telewidzów logotyp (zgodnie z prawem może on być widoczny do 2/3). Osobiście mam wątpliwości, czy kogoś interesuje jak ta potrawa dostaje się do puszki, ważniejsze jest raczej jak, będąc na przykład na campingu i bez żadnych służących do tego celu narzędzi, otworzyć taką puszkę….
(4b) Tak zwane IMAGEFILMY, czyli wyświetlane w różnych stacjach programy o regionach lub miastach są tworzone na zamówienie tych ostatnich, słono płacących telewizji za realizację takiego filmu.

Publiczna telewizja również szuka nowych form finansowania. Jedną z nich jest PRODUCT PLACEMENT (4a). Często wykorzystuje również nielegalną REKLAMĘ UKRYTĄ (5a). Różnica pomiędzy nimi jest mała, ale istotna. Reklamy typu product placement są dozwolone, gdy stanowią składnik fabuły lub są elementem służącym rozwojowi akcji. Reklama ukryta to taka, która świadomie wprowadza widza w błąd i jest zbędna. Do pierwszej grupy należy na przykład marka samochodu, którym w filmie porusza się James Bond. W drugiej grupie natomiast jest program, który w ostatnim czasie wywołał skandal w niemieckiej telewizji. Jedna ze scen w popularnej operze mydlanej była ukrytą reklamą powszechnie znanego biura podróży. Akcja odcinka toczyła się w tymże biurze, a wszystkie dialogi miały wyłącznie reklamowy charakter. Choć konsekwencją nadania w telewizji tego odcinka była nagana, stanowiła ona wyłącznie symboliczną karę. Telewizja musiała zapłacić bowiem jedynie 5 000 euro...

Choć różnicę pomiędzy sposobami finansowania telewizji publicznej i prywatnej zna moja matka, wciąż na daremne skarży się na konieczność opłacania GEZ-u, z którego zyski bynajmniej nie wpływają na wzrost jakości programów telewizyjnych. ( A jaka jest to jakość oraz które programy są wyświetlane z największym sukcesem dowiecie się następnym razem.)

piątek, 23 kwietnia 2010

już teraz wiem...

jak odpowiedzieć na zamieszczone jakiś czas temu na blogu Tele-fere pytanie: "tylkodlaczegojestemjeszczebardziejzmęczonaniżprzedtem?"
to bynajmniej nie chodzi o żadne wrogie mocarstwo, jak na początku spekulowałam...

odpowiedź jest banalnie prosta:
ŻEBY OGLĄDAĆ TV TRZEBA BYĆ SUPERBOHATEREM:-)


czy telewizja może umrzeć?

Jak napisał Krzysztof Teodor Toeplitz w cytowanych już wcześniej na blogu Szkicach edynburskich:

Telewizja na świecie z całą pewnością wyszła już z okresu NAIWNEGO NIEMOWLĘCTWA, zdaje się mieć także za sobą LATA ROZHUKANEJ MŁODOŚCI, zachłyśnięte możliwościami technicznymi i osiągniętymi niesłychanie szybko prawie nieograniczonymi środkami finansowymi; obecnie wkracza w okres REFLEKSYJNEJ DOJRZAŁOŚCI
(s.6)


a skoro książka została wydana w 1979 roku, czy znaczy to, że po niemal 40 latach od powstania Szkiców, możemy wieszczyć STAROŚĆ, a niebawem ŚMIERĆ TELEWIZJI?

Była już bowiem ŚMIERĆ AUTORA. Są tacy którzy twierdzą, że żyjemy w czasach ŚMIERCI POLITYKI. Nietzsche natomiast, jeszcze przed narodzinami tv, ogłosił ŚMIERĆ BOGA...

niedziela, 18 kwietnia 2010

SIŁA PRZYZWYCZAJENIA, czyli o tym jak Harrison Ford mówi po niemiecku

Jeśli dobrze sobie przypominam, mój pierwszy kontakt z mediami zapośredniczony był przez mały rosyjski projektor (w tamtych czasach chyba wszystko było z Rosji…), na którym oglądałem stare bajki. Nie mieliśmy wtedy telewizora, jeśli chcieliśmy zobaczyć programy tv, musieliśmy jechać do dziadków. Gdy miałem 9 lat, w domu pojawił się telewizor. Miałem więc dostęp do medium audiowizualnego i konsekwentnie z tego korzystałem. W telewizji każdy mówił swoim głosem. Było to dla mnie powszechne i oczywiste.

Jednak, gdy pojechałem na wakacje do polskich krewnych stwierdziłem, że moja recepcja znanych programów nie jest naturalna. Produkcje, które oglądałem w Niemczech i w których każdemu z bohaterów przypisany był odrębny głos, tutaj tłumaczone były przez jednego lektora.

Co było dla mnie jeszcze bardziej zaskakujące, okazało się, że w polskich kinach jest inaczej niż w telewizji. Podczas gdy w Niemczech wszystkie zagraniczne produkcje pokazywane są z dubbingiem, w Polsce w większości towarzyszą im napisy. Jest to niezwykłe dla niemieckiego kinomana, który chcąc zobaczyć film w oryginalnej wersji językowej, musi wybrać się na specjalny seans, oznaczony skrótem OmU (oryginał z napisami).

Narzuca się więc następujące pytanie: Dlaczego w polskich kinach są napisy, a w telewizji wyłącznie lektor? Można dojść do wniosku, że uznaje się, iż potencjalny telewidz nie potrafi płynnie czytać, ktoś inny więc musi to robić za niego… Takie rozważania do niczego nas jednak nie doprowadzą. Zastanówmy się więc lepiej nad tym, jak jest percypowana telewizja, w której dominuje dubbing, a jak taka, w której pojawia się lektor?

Po pierwsze, przyzwyczajony do dubbingu, czułem się dziwnie, gdy ciągle słyszałem jedną osobę, czytającą dialogi wszystkich bohaterów programu. Czytającą – co należy dodać – beznamiętnie. Bez jakiegokolwiek podziału na intonację oraz zwracania uwagi na akcent, jakim się posługują poszczególni bohaterowie.

Po drugie, należy również pamiętać, że telewizja nie jest wyłącznie środkiem przekazywania treści. Jest częścią codzienności. Niejednokrotnie przychodzi się do domu i włącza telewizor, by do pustego mieszkania wpuścić życie. Według mnie w przypadku polskiej telewizji jest to trudniejsze, niż w wypadku telewizji niemieckiej. Tutaj bowiem, gdy ogląda się telewizję nie obserwując ekranu (jak to się dzieje podczas wykonywania innych domowych czynności), odbiorca nie jest w stanie do końca zorientować się w tym, co dzieje się na ekranie. Właśnie dlatego, że lektor czyta wszystko monotonnym głosem. Widz nie ma możliwości rozpoznania akcji. Nie wie, czy bohaterzy się kłócą, kochają czy też mordują. Nie jest w stanie zorientować się, kto uczestniczy w akcji: kobieta, mężczyzna, dziecko, zwierzę czy samochód. Można nawet odnieść wrażenie, że lektor jest schizofrenikiem, przez cały czas trwania programu prowadzącym swój zawiły monolog…


Ponieważ nie mogłem zrozumieć fenomenu lektora, zapytałem moich polskich krewnych, jak mogą oglądać takie programy? Reakcje i odpowiedzi były zawsze takie same. Swoim pytaniem wprowadzałem konsternację. Potem padało pytanie o to, jak w Niemczech tłumaczy się zagraniczne programy. A w końcu wszyscy odpowiadali, że nigdy się nad tym nie zastanawiali, ponieważ są do tego przyzwyczajeni.SIŁA PRZYZWYCZAJENIA...

Ja jednak, podobnie jak moi niemieccy koledzy, którzy również mieli do czynienia z polską telewizją, nie jestem w stanie przywyknąć do lektora w telewizji. Gdy moi koledzy, podczas podróży do Polski, oglądali angielski film z polskim lektorem, wszyscy reagowali w identyczny sposób. Byli rozbawiani i nie potrafił zrozumieć, jak jeden człowiek może mówić w zastępstwie wszystkich bohaterów. Według nich lektor niszczy przyjemność oglądania programu.

Tak jak już napisałem wyżej, w telewizji niemieckiej jest zawsze dubbing. Niemcy są tak dokładni w doborze osoby dubbingującej, że głosem danego aktora zawsze mówi ta sama osoba. Czasami zresztą prowadzi to do kuriozalnych sytuacji. Przykładowo, gdy podczas promocji nowego filmu, jakaś hollywoodzka gwiazda jest gościem niemieckiego talk-showu. Schemat takiego wystąpienia jest zawsze podobny. Oprócz obowiązkowego small talku, pokazany zostaje fragment reklamowanego filmu, który aktor zawsze komentuje z zaskoczeniem słowami: a więc tak mówię po niemiecku.

Co ciekawe, również twórcy audiobooków korzystają z tej zasady. Na bilbordach i opakowaniach płyt widnieje często napis w stylu: książka czytana przez Harrison Forda. Nie muszę chyba dodawać, że to nie Harrison Ford czyta książkę, ale jego niemieckie audialne alter-ego. Oczywiście to sprostowanie w żaden sposób nie wpływa na wysoką sprzedaż kompaktów…

Niezmienne dopasowanie danego spikera do konkretnego aktora, czy też roli może generować również kłopoty. Rzadko na przykład udaje się oddać w dubbingu specyfikę gwary, czy drobnej wady wymowy. Ponadto pojawić się mogą również większe problemy, gdy na przykład umrze głos, a aktor, lub rola, wciąż będą się rozwijać...
Taka sytuacja miała miejsce w The Simpsons. Elisabeth Volkmann była w serialu niemieckim głosem Marge Simpson i zmarła w połowie 17. sezonu. Jej miejsce zajęła Anke Engelke, niemiecka aktorka i komediantka. Nowy niemiecki głos żony Homera, który zresztą jest bardziej zbliżony do amerykańskiego oryginału niż wersja Volkmann, nie został dobrze przyjęty przez fanów serialu. Na wielu forach dyskusyjnych przeczytać można było opinie, że głos Engelke jest za bardzo zgrzytliwy. Ale dlaczego? Jeśli słucha się oryginału ten głos właśnie tak brzmi! Niestety, wielbiciele przyzwyczaili się do wersji, której słuchali przez niemalże 15 lat.

I znów pojawia się kategoria PRZYZWYCZAJENIA... Tak więc nie ma chyba znaczenia, czy telewizja mówi jednym głosem lektora, czy wielością narodowych głosów specjalistów od dubbingu. Liczy się to, do czego przywykliśmy…

(A wady i zalety programów z lektorem z perspektywy osoby do niego „przyzwyczajonej” znaleźć można tutaj)